|
Robert "Ryba" Rybicki
Robert "Ryba" Rybicki z Rybnika
Poeta, pedagog-happener, recnzent, redaktor. Autor arkusza i dwóch tomów poezji: "Kod genetyczny" (2000), "Epifanie i katatonie" (2003) i "Motta robali" (2005), w przygotowaniu "Gram, mózgu", "Stos gitar" oraz "Nie ma mowy". Założyciel Wesołego Klubu Literackiego działającego od 2003 roku przy DK w Rybniku-Chwałowicach. Studiował prawo i polonistykę na Uniwersytecie Śląskim. Mieszka znów w Polsce.
Urodziłem się w roku 1976 w Rybniku. Mieszkałem prawie cały czas w Rybnickiej Kuźni, aż do wyjazdu do Wielkiej Brytanii w 2005 roku; do Polski wróciłem w 2008 roku. Zaliczyłem po drodze (życia?) też półroczny epizod we Wrocławiu. Poza tym cały okres studiów to dryfowanie na trasie Rybnik-Katowice. W Wielkiej Brytanii przez rok mieszkałem w Brixham i Torquay, następnie w Londynie. Obecnie mieszkam w Rybniku, jakby to powiedzieć, w kratkę, bo dużo podróżuję po kraju.
Opublikowałem jeden arkusz poetycki i dwie książki z wierszami. "Kod genetyczny" został wydany w 2000 roku w Klubie Energetyka w 30 egzemplarzach. "Epifanie i katatonie" (2003) i "Motta robali" (2005) zostały wydane w Instytucie Mikołowskim, z którym współpracuję do tej pory. Złożyłem w tym samym wydawnictwie książkę "Nie ma mowy", z kolei w krakowskim "Studium" ma się ukazać książka "Stos gitar", a w poznańskiej Wielkopolskiej Bibliotece Poezji "Gram, mózgu.".
Druga książka zyskała spory rozgłos w środowisku literackim kraju, dając mi miano poety radykalnego, nie cofającego się przed niczym, jeśli chodzi o eksploatowanie poezji. Piotr Sobolczyk w łódzkim "Tyglu Kultury" dołożył mnie do grupy twórców będących na marginesie awangardy, a Anna Kałuża sklasyfikowała mnie w nurcie poetów wyklętych. Nieprawdopodobne.
Jestem absolwentem II LO w Rybniku, studiowałem prawo i polonistykę w Uniwersytecie Śląskim. Tyle, jeśli chodzi o wątek edukacji.
Publikowałem w różnych czasopismach recenzje, przekłady poezji niemieckiej i, to oczywiste, wiersze. Mam chrapkę na przekłady poezji angielskojęzycznej. A gdzie publikowałem, to nieważne. Tu i ówdzie. Powiem tylko, że lubię lubelskie "Kresy", warszawskie "LiteRacje" i mikołowską "Arkadię". Za, mniej więcej, trzymaną linię, ale i umiejętność kompromisu, który nie łamie owej linii. Obecnie jestem recenzentem dla wrocławskiej "Cegły".
W tzw. kulturze Rybnika pojawiałem się przez dziesięć lat. Dorzuciłem swoje trzy grosze i wyjechałem za granicę. Gdy wróciłem, również zamierzałem dorzucić swoje trzy grosze, ale nie zawsze mi na to pozwalają. Pojawia się więc kwestia wyprowadzenia się z Rybnika do Wrocławia lub Poznania. Jeśli jestem jakimś oszołomem dla estabilishmentu "kulturotwórczego" - nic tu po mnie.
Przez siedem lat współredagowałem pismo artystyczne "Plama" przy Klubie Energetyka i obserwowałem różne procesy zachodzące w procesie fermentacji ekipy redakcyjnej, w której miałem przyjemność jak i nieprzyjemność współpracowania z Grzegorzem Walczakiem, Marianem Bednarkiem, Maciejem Stuchłym, Dariuszem Babczyńskim i Mirosławem Paprotnym. W 2005 roku "Plama" padła ofiarą żałosnych przepychanek większych i mniejszych twórców i instytucji, nie wyłączając Elektrowni Rybnik i Kazimierza Kutza; ale wszyscy się jakoś rozeszli, i wszystkim się rozeszło w miarę lekko po kościach, z wyjątkiem Bednarka, bo ów stracił połowę etatu. Na miejscu "Plamy" pojawił się "Zalew Kultury", ale nie ma większych szans na ponadregionalne istnienie, a szkoda.
Organizowałem również kluby literackie. Pamiętam krótsze i dłuższe epizody w związku z tego typu działalnością w DK Niewiadom, Klubie Harcówka na Ligocie i Klubie Energetyka. Przez lata dojrzewał plan stworzenia infrastruktury literackiej najpierw w mojej głowie, potem w mieście. A to zaczęło się udawać w Domu Kultury Chwałowice - i czułem wtedy, że, rzeczywiście, tworzy się środowisko literackie, młode, wielowymiarowe i gdy na to patrzę z perspektywy czasu, obserwując tych młodych, kreatywnych ludzi, to się cieszę: Adam Grzelec, Monika Glosowitz, Marcin Komorowski, Mateusz Strużek i inni znaleźli swoje małe miejsce na tej planetce i pchają swoje wyobrażenie o świecie po świecie. To byli i są ludzie o kapitalnym potencjale intelektualnym, olbrzymiej wiedzy i, wówczas, coraz lepszych tekstach. Zrobiliśmy interdyscyplinarne Wieczory Sztuk, które nadal funkcjonują, współpraca świetnie rozdzielała się na linii dyrekcja-instruktorzy-uczestnicy, co owocowało w tak nieprawdopodobne wydarzenia, jak wizyta Andrija Bondara, opozycyjnego wówczas poetę ukraińskiego w kilku szkołach średnich, która w dużej mierze była zorganizowana przez uczniów, ponadregionalny (bo tak go nazwałem, na pohybel manii ogólnopolskich i regionalnych konkursów) konkurs literacki, na który napłynęło wiele świetnych prac! Nie będę wspominał twórców występujących w Wieczorach Sztuk, możecie zapytać dyrektora Michała Wojaczka. Było planowane pismo literackie. Czasami żałuję, że wyjechałem do Wielkiej Brytanii, bo mogliśmy to pociągnąć jeszcze bardziej i, jestem pewny, że pismo byłoby już w obiegu.
W 2001 i 2002 roku zorganizowałem w ramach Rybnickich Dni Literatury spotkania z młodymi poetami regionu rybnickiego (2001) i młodymi, debiutującymi książkowo, poetami z Górnego Śląska (2002); potem już nie miałem szans na zorganizowanie podobnej imprezy. Niedawno pojawiła się szansa na zorganizowaniewewnątrznej części Rybnickich Dni Literatury przez koło naukowe Modern Art przy rybnickim kampusie. Tak więc trzymam kciuki.
Od 1998 roku zacząłem częściej wyjeżdżać poza Rybnik nie tylko w związku z otrzymywanymi nagrodami, z biegiem czasu znalazłem się w orbicie zjawisk literackich zachodzących na Górnym Śląsku i rozpoczęły się publikacje na nieco większą skalę, występy, eskapady, podróże. Gdy tak na to teraz patrzę, górnośląska ekipa poetów, razem NaDziko, Estakada i inni, to był niezły team, jakiego nie miała Warszawa, Kraków, Poznań, Wrocław, czy Trójmiasto. Całe młode pokolenie poetów z aglomeracji miało przeszłość rock'n'roll'ową. Razem z Maciejem Meleckim, Arkadiuszem Kremzą, Krzysztofem Siwczykiem, Bartłomiejem Majzlem i innymi poetami jeździliśmy po Polsce, czytając wiersze do muzyki chłopaków z formacji "Dzioło".
Miałem też dwuletni epizod nauczycielski w jednym z rybnickich liceów. Jak by to określić? Nigdy nie chciałem być nauczycielem, bo nie lubię opresji, poza tym system kształcenia w Polsce to jedna wielka polityczna machinacja. Nie zgadzam się i nie będę się zgadzał z programem nauczania literatury. Jakimikolwiek. Większość literatury jest na bakier z zasadami gramatyki. Bo gramatyka jest kwestią systemu, czymś narzuconym odgórnie przez państwo, lub jego substytut, jako norma wyznaczająca granice poprawności w przekazywaniu sobie informacji ku przyspieszeniu procesów cywilizacyjnych. Literatura to idiolekt, język prywatny. To się tyczy w szczególności poezji. Idiolekt, czyli całkowicie prywatna, wypracowana przez lata, mowa, jest ostoją człowieczeństwa. I jak ja mam rozmawiać z uczniami o gramatyce, jako poeta, któremu miły jest eksperyment językowy? Przez zaciśnięte gardło? W czym ja mogę być od moich uczniów lepszy?
Miałem też przyjemność w latach 2002-2005 organizować część literacką Zderzeń Działań Wrażliwych w Jastrzębiu-Zdroju, na którą udawało się zaprosić pisarzy z zagranicy, takich jak Peter Sulej ze Słowacji, Klemen Pisk i Primoz Cucnik ze Słowenii oraz Rod Mengham z Cambridge. Mariusz Cholajda, który w głównej mierze wykreował zjawisko Zderzeń, zaserwował wraz z ekipą Jastrzębian całkiem niezły koktajl artystyczny. Od 2002 roku stara się trzymać poziom imprezy. Czas wrócić do części poetyckiej.
Trzy miesiące przed wyjazdem do Wielkiej Brytanii otrzymałem Nagrodę Prezydenta Miasta Rybnika w dziedzinie kultury. Zresztą nagrody to nie moja specjalność. Dwie z nich, które otrzymałem, są warte odnotowania: "O liść konwalii" w Toruniu (1998) i Tyskie Lato Poetyckie (2002). Są warte odnotowania dlatego, że jest jakaś po tym publikacja, są sensowne nagrody, a nie jakieś książki, które czytałem po parę razy parę lat wcześniej, albo kasety video, czy obietnice organizatorów nie poparte działaniami.
W Wielkiej Brytanii, a zwłaszcza w Londynie, swoje trzy grosze wrzuciłem do kultury. "Nowy Czas", którego przez pół roku byłem felietonistą, a później redaktorem, dał mi szansę wypowiadania się w swoim stylu, który nie zawsze jest akceptowalny przez środowisko dziennikarskie. Pisałem więc recenzje i felietony, starając się walczyć o jakość oferowanych propozycji kulturalnych przez Polonie Brytyjską. Współpracowałem też z Institute of Undefined Arts, Apart Arts, miewałem występy w Conway Hall (organizowany przez Apart Arts), Cargo (w ramach Polish Deconstruction), Fridge w Brixton (przed koncertem Zion Train, ale wtopa, myślałem, że Zion Train to polska kapela reggae, ups). Szczerze mówiąc londyński okres nie był dla mnie zbyt miły. Po powrocie do Polski miałem czasem problemy z dogadaniem się z ludźmi. Chciałbym zrobić spotkanie autorskie Zibie Karbassi z Iranu w Rybniku.
Obecnie przemieszkuję w Rybniku. Wróciłem do organizowania imprez poetyckich w Jazz & Rock Pub "Paleta", co robiłem z Darkiem i Dezym Przeniosło od 1999 roku. Planujemy z dyrektorem Muzeum, Bogdanem Klochem, projekt "Inne regiony", łączący twórców z odległych miejsc. Robię z poetami, animatorami z całego kraju najróżniejsze projekty, odjechane lub praktyczne. Obserwuję PieM Projekt, galerię Dworek, nowopowstającą pracownię witrażu, lokalne kapelki, Domokrążnych, Psychokuraki, patrzę sobie, myślę sobie, drapię się po głowie. Potem jeżdżę po kraju i czytam. Chętnie zostałbym w Rybniku, ale coś mi mówi, że nie ma tu dla mnie miejsca, mimo tego, że mieszka tu moja rodzina i mam wielu przyjaciół, czy fantastycznych znajomych. Jestem chyba w jakimś dziwnym miejscu w swoim życiu.
www.literackie.pl
Tekst: Robert Rybicki
2008-07-04 [Literatura]
|